Świadectwo Basi!!!
Byłam z rodzinką nad morzem i mieliśmy nocleg w drewnianym domku. I na początku wyjazdu poczułam, że źle mi się oddycha (jestem uzdrowiona już dawno! bez leków itd.) nasz komentarz: Basia została uzdrowiona przez Boga z "nieuleczalnej" astmy oskrzelowej, z którą zmagała się prawie od dziecka. Szczególnie jak byliśmy w tym domku, szczególnie wieczorem jak się kładłam spać - czułam, że nie jest normalnie. Dwie noce przespałam "średnio łapiąc oddech), czułam takie ściśnięcie na gardle (niby oddychasz, ale nie do końca tak, jak zwykle). Wiedziałam, że to ewidentny atak (pojawiały mi się myśli, że widocznie coś w tym domu mnie uczula, itd. ALE JESTEM UZDROWIONA!). No i chyba trzeciego dnia poszliśmy na plażę - ja z zamiarem pomodlenia się o to dziadostwo. I wiecie co - naprawdę chwila walki, wyznawania + modlitwa na językach - i od tej nocy spałam normalnie jak zwykle PLUS FIZYCZNIE CZUŁAM, ŻE UCISK Z GARDŁA USTĄPIŁ!! Dzięki Bogu!
To jest niepojęte, ale serio - walka jest podstawą. Bóg nam już wszystko dał - ale musimy trzymać co nasze, bo inaczej złodziej przyłazi i bezczelnie próbuje zabierać.
Za kilka dni podzielimy się świadectwem Basi z uzdrowienia z astmy. WIARA DZIAŁA - ale musi być ugruntowana, to co robisz ma wynikać z ufności Bogu, że On jest z tobą, nie wiedzy umysłu (ale pewności w sercu) - bo inaczej możesz zrobić ten sam krok wiary bo u kogoś zadziałało a u ciebie nie zadziała. Uczcie się kochani - diabeł to morderca, zabójca od początku i zawsze jego metody są te same!!

Świadectwo Basi C.D.
Chciałam się z Wami podzielić, ku zachęcie, krótką historią mojego dziecka. Już w ciąży wykryto mu wadę serca, którą miał mieć operowaną w wieku ok. 6 miesięcy, ale po urodzeniu okazało się, że znaleźli kolejną, która wymagała natychmiastowej operacji. Więc po paru dniach ją zrobili. Straszyli nas kolejną (za parę miesięcy lub lat) - i tyle.
Co do serca: NIGDY nie miał najmniejszych objawów, o których lekarze mówili (typu: męczenie, sinienie, problem z jedzeniem, itp.), natomiast z powodu operacji był na lekach przez parę miesięcy. PROCEDURY takie są - niezależnie od stanu dziecka. Dopiero po moich "jęczeniach", że to, jak on wygląda to wina tych leków (miał okropne problemy ze skórą, które ustąpiły po odstawieniu leków). I po operacji zostały mu na sercu 3 dziurki, które miały zniknąć (mówiłam lekarzowi, że ich już nie ma ;) ale on je wciąż widział na paru wizytach) - a lekarz, jak w końcu zobaczył, że ich nie ma, nie był w stanie tego w opisie wizyty napisać, że "ich nie ma", napisał tylko, że "ich nie widzi" (a do mnie powiedział: one może tam są, ale ja ich nie widzę)... (Mój synek urodził się w Norwegii i tak każda wizyta u lekarza jest opisywana i pacjent dostaje kopię tego pisma). Aktualnie mamy zalecenie, którego się trzymamy(jak porządni obywatele ;), robienia corocznych usg serca. Oczywiście wszystko jest OK.
Pół roku był głuchy. Przy urodzeniu przy badaniach przesiewowych z jednym uchem był "jakiś problem", z drugim OK wszystko. Zanim skończył 6 miesięcy - zaczął słyszeć, jednego dnia. Podczas gdy wcześniej nie reagował na żadne dźwięki, tego dnia kilka razy się popłakał a to na kichnięcie, a to na dźwięk komputera, itd. Stało się to po kilku dniach od mojej rozmowy z Margareth (liderką grupy ze Stanów). Później jak pokojarzyłam fakty stwierdziłam, że widocznie się o niego pomodliły. Do teraz słyszy (aparat słuchowy leży w szafie - bo oczywiście nam go lekarze dali). Znów była powtórka z rozrywki: musiałam lekarzom udowadniać, że on słyszy - więc nagrywałam filmiki z jego reakcją, albo sadzałam go tak, żeby nie widział moich ust i coś mówiłam, itd.
To z grubsza tyle o synku. Nie ma co pisać :) bo on ma się bardzo dobrze.
Teraz Wam powiem jak walczę. Już w ciąży "wróciłam" do tego, w co wierzyłam lata temu przy nawróceniu - mianowicie w to, że chrześcijanin, który wierzy w Jezusa - powinien być zdrowy (oraz powinien widzieć uzdrowienia u innych). Parę lat później, przez niewidzenie cudów w kościele oraz słyszenie masy usprawiedliwień, czemu to nie ma teraz uzdrowień - moja wiara w tym kierunku osłabła, ale też nigdy nie przestałam chorób nienawidzić. W efekcie tych "powrotów" pozbyłam się astmy oskrzelowej (z która miałam problem prawie od urodzenia. Oczywiście była "nieuleczalna" wg lekarzy). Całe życie byłam na lekach (dosłownie. Z przekraczaniem dawek wielokrotnie). Inni ludzie noszą ze sobą portfel i klucze, ja nie wychodziłam z domu bez inhalatora.
Od ciąży i usłyszenia ludzkiej diagnozy wydanej dla mojego dziecka zaczęłam konkretnie szukać uzdrowienia i astmy nie mam już od kilku lat. I alergii - miałam alergie na prawie wszystko :) Oddychanie przez nos to było moje marzenie. Spełnione już :)
Już w ciąży trafiłam na nauczanie Curryego i tak się zaczął mój "powrót" - w zasadzie nie powrót do wiary w uzdrowienie, a raczej walka o jego manifestację. Trenuję do tej pory na mojej rodzinie. Efekty są. Ale wciąż się uczę. Siebie i córkę młodszą, która nie ma wątpliwości, że Jezus zwyciężył. (niestety kościoła unikam, bo nie chcę aby moje dzieci musiały być kiedyś "odkręcane" jak ja - dlatego to, co wiedzą ode mnie, co sami wyczytamy w biblii + jakieś DOBRE wykłady, muszą moim dzieciom na teraz zastąpić kościół. Później zobaczymy co będzie..).
Aha, co jeszcze ważne: w pewnym momencie miałam taki dzień, że miałam "atak" astmy taki, że (po raz pierwszy w moim życiu) inhalator zadziałam odwrotnie niż powinien - czyli zwiększył duszność. Byłam na północy Norwegii, odcięta od możliwości skontaktowania się z lekarzem (do szpitala 300 km ponad - dzięki Bogu ;) ). Myślę, że wtedy nastąpił przełom. Wyrzucałam chorobę (piłam witaminę C - polecam :) ), i po jakimś czasie (to mogła być godzina, może mniej, może więcej) - atak ustał. I od tej pory było już lepiej. Ale przy tej okazji czytałam książkę "Dobry bój wiary" Alana Wincenta (w tamtym czasie ją "przerabiałam") i jak dla mnie to, co on tam napisał, BARDZO mi pomogło w zrozumieniu tego, że uzdrowienie w wieczności już jest, a naszą rolą jest ściągnięcie go do teraźniejszości fizycznej. (swoją drogą Alan też przez kilka - chyba 12 - lat walczył z astmą, i wygrał ;) Odebrał co Bóg miał dla niego).

Co robię? Mam pomocniczą "ściągę", takie wyznanie, które pomaga mi się modlić. Bo czasem - po prostu mi się nie chce, wiadomo - ale wtedy jak zaczynam czytać, to nawet jak mi się nie chce - to idzie. Ściągę. Ściąga jest tylko "szkieletem" - ściągnęłam z którejś książki Margaret i zmodyfikowałam pod moje potrzeby.
Często (poza nauczaniem Curry'ego - które wg mnie jest naprawdę doskonałe. I wg mnie on ma tak duże doświadczenie w uzdrowieniu, że warto przesłuchać WSZYSTKO co ma do powiedzenia) słucham (lub czytam) też świadectw, bo - zwłaszcza w gorszym dniu - to naprawdę pomaga wrócić na właściwe tory myślenia. Z Biblii świadectwa znamy, ale jak się czyta świadectwo "aktualne", w którym widać, że często jest to walka. Ja kiedyś miałam myślenie, że jak czegoś od razu nie widać - to chyba to "nie działa". Teraz wiem, że działa, ale czasem trzeba po prostu nie odpuszczać.
Ale to, co myślę, że jest kluczowe - to dojście w swoim przekonaniu do tego, że Jezus zapłacił i to się JUŻ dokonało. Ale nie mam na myśli takiego "życzeniowego" myślenia, ale autentycznego przekonania, że Jezus naprawdę po to przyszedł (m.in), po to był bity, po to umarł i dlatego zmartwychwstał - DOKOŃCZYŁ dzieła. Wiara rodzi się ze słuchania - więc dobre wykłady, świadectwa innych - to buduje naszą wiarę.
Aaaa i jeszcze jedna rzecz, która wg mnie ma ogromne znaczenie (a o tym chyba też właśnie Wincent pisał) - to wywalanie ducha niewiary. Proste słowa, że wyrzekasz się niewiary, nie chcesz jej, bez wnikania CZYM ona właściwie jest (a jest np. strachem o przyszłość swoją lub dzieci) - zwłaszcza w momencie jak czujesz, że się zbliża (lub już jest) jakiś dół czy zniechęcenie. Ale krok nr 1 to pewność, że nie masz wątpliwości w to, co Jezus zrobił.
Ja mam też takie osobiste postanowienia jak np. nierozmawianie o chorobach, nieroztrząsanie z innymi "a co jeżeli..". Ucinam takie rozmowy (zwłaszcza w rodzinie dalszej), przedstawiłam parę razy moje stanowisko, próbowałam przekonać osoby wierzące do "uwierzenia" w uzdrowienie - ale to są warownie często (choć jakieś efekty widzę). Ale generalnie nie wgłębiam się w CZYJEŚ wątpliwości co do MOJEGO dziecka (czujecie absurd? Że KTOŚ się martwi o coś, o co ja się nie martwię. Bez sensu to jest).