Dzisiaj dzielimy się świadectwem Michaliny - Chwała naszemu Ojcu w Niebie!!

Chciałam podzielić się z wami (w szczególności z kobietami) swoim świadectwem uzdrowienia piersi.
Od kilku miesięcy przeżywałam notoryczne bóle w piersiach. Dochodziło do tego, że bałam się ich dotknąć, nie mówiąc o ćwiczeniu, bo ból był tak uporczywy. Kilka dni temu ból nasilił się jak nigdy dotąd. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś podobnego. Jednak największy okazał się być w prawej piersi. Czułam w jednym miejscu zgrubienie, które bolało tak bardzo, jakby ktoś miał mnie kuć szpilką. Ten ból ciągnął się przy każdym poruszeniu ręką. Nie mogłam się ubrać, żeby nie bolało, nie mogłam nawet komfortowo siedzieć czy leżeć, bo myślałam o bólu. Zdarzało mi się kłaść zimne okłady, a nawet budzić się w nocy, bo ból nie dawał mi spać. Kiedy powiedziałam o tym narzeczonemu, zaproponował mi wizytę u lekarza. Nie chciałam iść, ponieważ moje ostatnie wizyty lekarskie i sposób traktowania wywołały u mnie traumę i niechęć. Kilka miesięcy temu postanowiłam zrezygnować ze wszelkich badań i leczeń na rzecz zdrowia, które mam w Jezusie Chrystusie. Wiedziałam, że lekarz nie powie mi więcej, niż sama wiem. Może powiedzieć, że jestem albo chora, albo zdrowa. Gdy idę do lekarza z bólem czegokolwiek mogę spodziewać się dobrej lub złej diagnozy. Gdyby podali mi tą „łagodniejszą” wersję w stylu: „trzeba TYLKO przeczekać”, nie pocieszałoby mnie to. Nie miałabym gwarancji, że faktycznie tak się stanie; ból może pozostać nadal taki sam lub się nasilić. Gdyby podali „mocniejszą” wersję w stylu: „jest nie najlepiej, trzeba iść z tym dalej”, przestraszyliby mnie. Żadne z rozwiązań nie wydawało się być rozwiązaniem. Poprosiłam więc narzeczonego o to, aby modlił się i ogłaszał zdrowie nade mną. Sama także to robiłam. Wypędzałam to w imieniu Jezusa. Nie musiałam wiedzieć czym to jest. Nie potrzebowałam specjalistycznej nazwy tego, co mi było, ani opinii lekarskiej by wiedzieć, że było to coś złego, bolało i że nie po to Jezus umarł za mnie na krzyżu, abym miała cierpieć. Gdy wczoraj zapytał się mnie, jak się czuję, odpowiedziałam, że jeszcze boli. Powiedział, że powinnam skupić się na tym o ile procent mniej boli, niż patrzeć w ilu procentach jeszcze mnie boli. Miał rację. Przyznałam mu potem, że rzeczywiście, z dnia na dzień ból po trochu ustępuje. Pod koniec tego samego dnia skupiając się na tym, że ból maleje, zaczęłam ćwiczyć. Czułam się przy tym coraz swobodniej. Kiedy to sobie uświadomiłam, postanowiłam sprawdzić czy ból już całkiem odszedł. I wiecie co? Nie było go. Odszedł.
Kocham Go za to, że jest, że możemy być w Nim bezpieczni. Chcę być świadkiem tego, jak działa w życiu innych i jak my możemy być Jego światłością dla wielu. Gdyby nie Jego miłość do nas i to, że ją odwzajemniliśmy nie bylibyśmy dziś uzdrowieni. A ja jestem uzdrowiona. Chwała Panu!