W styczniu /lutym 2018 wykryłam u siebie coś nietypowego w piersi. Guz. Jakby miękki o galaretowatej konsystencji. Przestraszyłam się, ale pomyślałam, że zaraz zniknie. Nie zniknął. Oczywiście panika, co to jest? Co teraz? Co ze mną będzie? Najgorsze wizje przychodziły mi do głowy.
Muszę trochę opowiedzieć o sobie, chcę aby było to nie tylko świadectwo uzdrowienia ale i nawrócenia. Od zawsze interesowały mnie naturalne metody leczenia i temu podobne rzeczy, w swoich zainteresowaniach przeszłam chyba wszystkie. Czegoś szukałam. Zielarstwo, homeopatia, Ho'oponopono, refleksoterapia, akupresura, One Brain, metoda Silvy i pokrewne metody wykorzystujące wiarę w potęgę umysłu, New Age, joga, na końcu było Reiki, II stopień. Niedługo przed tym felernym zdarzeniem dowiedziałam się też o modlitwie o uzdrowienie, biłam się z myślami jak to pogodzić z moimi poprzednimi zainteresowaniami, szczególnie Reiki, które wtedy praktykowałam.
Po odkryciu guza rzuciłam się do działania, próbowałam tamtych metod ale też i modlitwy. Powoli modlitwa wyparła wszystko inne. Każdego ranka budziłam się i sprawdzałam czy to coś jeszcze tam jest, wciąż miałam nadzieje że po prostu zniknie. Ale guz nie znikał. Robił się większy, czasami twardy jak kamień, często bolesny. Na początku marca 2018 zainteresowałam się modlitwą o uzdrowienie prowadzoną przez Marcina Zielińskiego, byłam na spotkaniu z nim, słuchałam jego wykładów, codziennie, cały czas. Od tego czasu zaczęłam modlić się nakazem w imię Jezusa Chrystusa. Trafiłam też na książkę Dawida Robersona ”Chodzenie w Duchu, chodzenie w mocy” traktującej o modlitwie językami i jej uzdrawiającej mocy. Zaczęłam więc modlić się językami. Cały czas wierzyłam że zostanę uzdrowiona, przez cały czas aż do końca nie poszłam do lekarza, nie miałam planu B. Ale przychodziły też ogromne chwile zwątpienia, jednak myślę, że cały czas miałam opiekę Bożą. Pewnego dnia w chili zwątpienia prosiłam w modlitwie Boga aby dał mi znak, że to się dzieje naprawdę, że sobie tego nie wymyślam, i ze nie wymyślam Jego. Na drugi dzień spotkałam znajomego, który ni stąd ni zowąd zaczął mi głosić Słowo Boże, a przecież spotykałam go do tej pory codziennie i nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy. Przypadek? Nie sądzę :) Jednak byłam zdesperowana. Koniec maja 2018 zaczęłam głodówkę leczniczą. 20 dni. Żadnego pokarmu stałego, tylko woda, herbaty ziołowe i jedna szklanka soku z warzyw dziennie.
Wprawdzie nie pomogła na moją dolegliwość, ale... w czasie takiej głodówki wbrew pozorom ma się dużo energii, wystarczyły mi ok 4-5 h snu dziennie. Ale co robić w czasie bezsennych nocy? Odmawiałam Różaniec. Budziłam się w środku nocy, chwytałam za Różaniec i modliłam się, uspokajało mnie to i usypiało. To był przełom. W niedługim czasie wyrzekłam się przed Bogiem wszystkich moich wcześniejszych praktyk i zainteresowań. Wyrzekłam się wszelkiego wpływu jaki mogły na mnie mieć. Przepraszałam Boga. Została mi tylko gorliwa modlitwa. Moje życie się zmieniło. Oddałam się całkowicie Jezusowi. Modliłam się niemal nieustannie. Rano przed pracą wstawałam wcześniej, żeby godzinę modlić się językami. W sierpniu 2018 pojechałam na 3 dni rekolekcji prowadzonych przez Ojca Bashaborę. To było wspaniałe przeżycie. Wprawdzie nie otrzymałam uzdrowienia ale moja gorliwość i miłość do Boga stale wzrastała. Strach przed chorobą też... We wrześniu 2018 jakimś cudem :) trafiłam na świadectwo Piotra - uzdrowienie z paraliżu na facebook'owej stronie Hesed.org.pl. To był pierwszy raz, kiedy w ogóle zetknęłam się z JGLM Pomyślałam sobie, kto to jest ten Curry? Od tego czasu wykłady Curry’ego Blake'a pochłonęły mnie całkowicie. Najpierw była seria „Bądź zdrowy” a później już wszystko po kolei. Modliłam się nakazem, wyznawałam swoje uzdrowienie, niewiele się zmieniało. Ale trwałam. Nadal bez planu B. Czasem przy długiej modlitwie miałam wrażenie jakby guz bardzo się zmniejszał, czasem nawet prawie zniknął, zostawał mały jak ziarno grochu, ale następnego ranka znowu tam był. Normalnie miał ok 5cm średnicy. W mojej głowie toczyła się walka między strachem a wiarą i nadzieją. Ale nie przestawałam się modlić. Pewnego dnia, jak by tego jeszcze było mało, zadziała się bardzo zła rzecz w moim domu, sprawy rodzinne. Tego już było dla mnie za wiele. Byłam załamana i na prawdę zła. Wykrzyczałam Bogu swoje pretensje, czy o mnie zapomniał? Czy mnie opuścił? I po co ja to wszystko robię? Powiedziałam, (wiem, ze to nie było dobre ale byłam u kresu sił :) Boże daj mi znak, że mnie nie opuściłeś, że jesteś, albo kończę z tym wszystkim. Na drugi dzień znajoma przysłała mi link do mszy z modlitwą o uzdrowienie, pewnie nie muszę mówić, że nigdy wcześniej tego nie robiła :), nikt też nie wiedział o moim problemie zdrowotnym. Włączyłam nabożeństwo, było online. Pamiętam tylko, że w pewnym momencie usłyszałam: „Teraz mam Słowo dla tych, którzy myślą, że Bóg ich opuścił, i że ich już nie kocha...” Przypadek? Nie sądzę :)
Jednak czas mijał a sytuacja wydawała się nie poprawiać. Były dni kiedy popadałam w panikę. 24 kwietnia – dołączyłam do amerykańskiej grupy „JGLM prayer requests” i poprosiłam o modlitwę. Nieznajomi ludzie pięknie modlili się o moje uzdrowienie. Czytałam ich modlitwy w kółko przez kilka dni. Dawały prawdziwą nadzieję. W połowie maja natknęłam się na grupie JGLM Polska na dwa świadectwa. Pierwszy z nich to świadectwo Darii „świadectwo walki z bólem i czymś w prawej piersi” i tego samego dnia „Bóg uzdrawia genetyczne wady wrodzone – pierwsze owoce”. Ten drugi polecam szczególnie, daje przykład ogromnej determinacji, która otwiera drogę Duchowi Świętemu do działania cudów. Postanowiłam wytoczyć guzowi – też w prawej piersi – wojnę ostateczną. Wyznawałam swoje uzdrowienie w mocy krwi i sińców naszego Pana Jezusa Chrystusa, i ogłaszałam zupełnie nową, zdrową pierś (i przy okazji kilka innych części ciała ;-) Przekonywałam swoje ciało, że zostałam już uzdrowiona i teraz ono musi podporządkować się Słowu Bożemu. Robiłam to cały czas, w samochodzie, w drodze do pracy, na spacerze, mieszając zupę w garnku i kładąc się spać. W każdej wolnej chwili. W uszach cały czas brzmiały mi słowa Curry'ego Blake'a z jego charakterystycznym jakby żartobliwym tonem - „JA NIE PYTAM CIĘ JAK SIĘ CZUJESZ, JA CIĘ PYTAM W CO WIERZYSZ!”. Przez kilka dni w tym trwałam, postanowiłam też nie sprawdzać co chwila rezultatów. To miał być tzw. krok wiary. Bo jeśli masz na przykład zdrową nogę, to czy sprawdzasz cały czas czy ona rzeczywiście jest w porządku? - tłumaczyłam sobie. Po prostu przyjęłam, że zostałam już uzdrowiona, więc nie ma sensu sprawdzać co chwilę czy rzeczywiście tak jest. Tak więc nie sprawdzałam czy moje „zdrowe w wierze” ciało jest zdrowe. A tymczasem guz przestał mi dokuczać, przestałam czuć jego obecność, wcześniej był bolesny i sprawiał dyskomfort przy ruchu. Teraz, jakby o nim zapomniałam. Po jakimś czasie sprawdziłam, guza nie było, został tylko jakby mały ślad, ledwo wyczuwalny. Dziękowałam Bogu za to co dla mnie zrobił. Wyznawałam Jego całkowite panowanie nad moim ciałem i umysłem. Za jakiś czas, po tygodniu, może dwóch, po guzie nie zostało już żadnego śladu.
Chwała Panu!
Renata